Po sobotnim rozbieganiu kontynuowaliśmy dobrą sportową passę w niedzielę. Prosto z łóżka wskoczyliśmy w stroje biegowe i mimo próby oporu ze strony męża ruszyliśmy do panewnickiego lasu. Był to nasz pierwszy z cyklu Bieg Dzika, myślę jednak, że nie ostatni. To co mi pasuje to, że nie trzeba z góry deklarować dystansu - możesz zejść po jedym okrążeniu albo biec dalej, drugie trzecie, czwarte. Maksymalny dystans jest równy 19528m i tyle właśnie pokonaliśmy. Mety dopadłam z czasem 01:51:18 jako siódma kobieta na tym dystansie. Bez napinania się i z naprawdę dużą przyjemnością. Trasa biegu fajna - w końcu nie po asfalcie a leśnym duktem, miękkim i przyjaznym kolanom. Od połowy drugiego okrążenia do końca miałam też miłe towarzystwo do pogawędki - najlepszą receptę na kolejne kilometry.