Telegraficzny skrót tuż po powrocie

2012-06-16 18:57:00, komentarzy: 2

Było wspaniale, choć inaczej od moich wyobrażeń.

Nie brakowało jednak dni kipiących latynoamerykańską muzyką, salsą i szumiących palmami nad bezkresnym oceanem.

Do Hawany przylecieliśmy wieczornym lotem Air France - zgodnie z planem. Nie była to najwygodniejsza podróż, ale czymże jest ciasna przestrzeń pod nogami kiedy z każdą mijającą godziną Europa zostaje za plecami a coraz bliżej wyczekana Kuba. Na lotnisku nie było żadnych problemów ani z bagażami ani przy odprawie. Nikt nas nie zatrzymywał, nie sprawdzano ubezpieczenia, rezerwacji noclegów ani niczego przed czym przestrzegano nas w Polsce. Generalnie szybko i gładko poszło co mnie bardzo zaskoczyło. Na lotnisku wymieniliśmy EUR (pierwsza kubańska kolejka) na CUC i CUP. Cupy kupuje się po prostu w kantorze, jednakowo jak cuc bez najmniejszej trudności - chyba, że z przestrzenią w portfelu.

 

Za 20 EUR dostałam bowiem tak grubaśny pliczek CUP, że ledwie go upchałam :)
Z lotniska nie wzięliśmy taksówki (25 CUC) choć wielkrotnie napisano, że to jedyny sposób na wydostanie się z lotniska. NIE JEST TO PRAWDA. Za radą jedego z blogerów rozglądnęliśmy się za lokalnym autobusem pracowniczym, dla szarych obywateli. Mieliśmy szczęście bo akurat odjeżdżał (na lewo od wyjścia z lotniska staje), zapytaliśmy czy jedzie do Habana Centro i czy możemy nim jechać (jak łatwo się domysleć byliśmy jedynymi turystami w tym miejscu) zapłaciliśmy po 2 CUP i pojechaliśmy :) Tak się zaczęła pierwsza przygoda bo po godzinie dojechaliśmy na jakieś przedmieścia, wysiedli ostatni pasażerowie i okazało się, że to ostatni przystanek, hihi. No i bynajmniej nie było to centrum Hawany :) No więc teraz w drugą stronę. Znowu wsiedliśmy do autobusu - tym razem do Havana Vieja - i znów pojechaliśmy do końca. Było już ciemno i coraz to tłoczniej gdy dojeżdżaliśmy do miasta więc można powiedzieć, że nieturystyczną Kubę poczuliśmy już od pierwszego dnia :) Wysiedliśmy przy Capitolio. W ten sposób zaoszczędziliśmy 25 CUC i straciliśmy 2 godziny. Zależy co dla kogo ważniejsze.

 

Noclegi mieliśmy zaklepane u Sarity (Sarita Rooms, Habana Vieja, Beascoain 360). Bałam się, że może już na nas nie czekać, bo ponad dwie godziny minęły już odkąd wylądowaliśmy a przecież doatała ode mnie informację co do godziny przylotu. Nie mnie jednak od Capitolio do Sarity na piechotę mieliśmy 10 minut - ona sama jest przemiła, uśmiechnięta i czekała na nas tak, że czułam się jakbym przyjechała w odwiedziny do rodziny.
W Hawanie spędziliśmy kolejne 3 dni i byliśmy naprawdę urzeczeni. Dla mnie to miasto ma specyficzny klimat. Wszędzie gdzie tylko można było jeździliśmy lokalnym kubańskim transportem, wchodziliśmy do nieturystycznych barów, jedliśmy uliczne jedzenie. Nawiązaliśmy bardzo ciepłą znajomość z jednym z barmanów w małym barze niedaleko naszego lokum.

W Coppelii - osławionej Hawańskiej lodziarni - nie poszliśmy do wejścia dla turystów tylko też staliśmy w kolejce z Kubańczykami i płaciliśmy w CUP (choć Pani pilnująca kolejki chciała nas przegonić, hihi ;))


Tak. Naprawdę. Jest kolejka i jest Pani, która pilnuje jej porządku. Przy ladzie okrągłe stołki, na których zasiadają szczęśliwcy, którzy już swoje w kolejce odstali. Dopiero kiedy skończą swoją porcję - jedną, drugą, na ogół trzecią plastikową miseczkę pełną cudownie zimnego smakołyku - wstają, a Pani kiwa ręką kolejnemu zniecierpliwionemu oczekującemu. Kubańczycy czekają spokojnie i wytrwale.  „Coppelia" została otwarta w 1966 roku i jest podobno  największą lodziarnia świata mogąca obsłużyć do 30 tysięcy klientów dziennie.

 

 

Z Hawany udajemy się popularna trasą na zachód - do Vinales. Niestety nie załapaliśmy się na Viazul. Stety nauka nie poszła w las i świeżo wyuczonym hiszpańskim zwrotem targuję się z taksówkarzem o rozsądną cenę. W towarzystwie 2 Niemek, dla ktorych podobnie jak dla nas zabrakło miejsca w klimatyzowanym turystycznym autobusie jedziemy "machiną" :) Dziękuję Blondynce-Pawlikowskiej za zwroty: "To za drogo", "Czy może Pan trochę obniżyć cenę?" i "Mogę zapłacić...(tu kwota)", które w całej podróży jeszcze nie raz okazały się niezastąpione :) Ciekawe to bylo doświadczenie - choć jak deszcz się rozpadał (w tych dniach padało codziennie przynajmniej godzinę) to auto troszkę przeciekało i plecak bezpieczniej było trzymać na kolanach.

 


W Vinales spaliśmy na piętrze malowniczego domku, wśród zieleni i w sąsiedztwie szkoły. Sam domek, jak i właściciele bardzo fajni i tylko komarów mnóstwo. No i absolutnie nie sprawdził się w czasie ulewy. Może znaczenie ma fakt, że leciała z nieba ściana wody. Nie było dnia żeby nie lało - czasami nawet 2 godziny. Wtedy nasz pokój również zalewało :) W Vinales obowiązkowo jeździ się na koniach. Wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy - to znaczy wiedzieliśmy, że jest to popularne, ale nie wiedzieliśmy, że i nas to nie ominie. Nie ominęło - było...strasznie :)
Nie, nie starsznie - strasznie, strasznie - emocjonująco - i kiedy już było po wszystkim można powiedzieć, że fajnie. Mój koń choć zapewniono mnie, że muy tranquila (hiszp. bardzo spokojny) najwyraźniej tego dnia postanowił zmienić swój nudny wizerunek grzecznego wierzchowca i robił mi psikusy - a to stanął dęba, a to rzucił się w galop (ze mną na grzbiecie), a to znów podchodził blisko drugiego konia tak bardzo, że tamten trącał mnie pyskiem. Naprawdę bałam się, że przypłacę tę wycieczkę życiem...

 

Z Vinales pojechaliśmy do Playa Maria La Gorda - i tam było naprawdę rajsko! Nurkowaliśmy. CUD-MIÓD. Na drugim nurkowaniu mieliśmy szczęście spotkać...REKINA! Naprawdę każdy nurek udający się na Kubę powinien wziąć pod uwagę tę plażę. W samej miejscowości oprócz plaży i molo tylko hotel - resort z wyłączną opcją all inclusive. Nasi znajomi wiedzą, że my w takich miejscach na naszych wyprawach nie sypiamy. Zamiast doświadczać luksusu i przepychu, po dniu spędzonym pod wodą, spaliśmy w nielegalnym domu bez wody i prądu 12 km od hotelu ;) Okazało się, że też się da, ale był to survival prawdziwy :) Tak, tam naprawdę było widać jak bardzo Kuba „dla turystów” różni się od mieścin, gdzie turystyka nie dotarła. Właściciele casa particulares, w których spaliśmy wcześniej często mówili jak trudny jest dla nich na Kubie dostęp do pewnych dóbr ale szczerze mówiąc nie obserwowaliśmy, żeby im czegoś brakowało. Nie mówię, że tak nie było, ale nie raziło w oczy. Tutaj w odległości 12 km od pięciogwiazdkowego hotelu, w wiosce przy bocznej drodze prowadzącej donikąd naprawdę niewiele jest.

Za to komary tylko tam były najbardziej krwiożercze jakie spotkałam w całym moim życiu.
Z Maria La Gorda wróciliśmy do Vinales, potem do Cienfuegos, Trinidadu i miasta Che Gevary -  Santa Clara.

 

Tylko w Santa Clara nie zostaliśmy na noc - jednak jeden dzień, który tam spędziliśmy wystarczył w zupełności. Bardzo podobało mi się mauzoleum Che (i muzeum) ale w samym mieście niewiele więcej było. Aha! Fabryka cygar była tam bardzo fajna. Można pooglądać pracę robotników, porozmawiać, kupić cygara. Żeby tam trafić wystarczy podążać za zapachem.

Fabryka jest duża i pełna ludzi pracujących jak mróweczki – w powietrzu czuć tytoń - młodzi i starzy, kobiety na równi z mężczyznami zwijają średnio po 60 cygar dziennie. Nie, nie na udach, mniej widowiskowo, bo przy stolikach, niestety ;) Każde cygaro jest ręcznie zwijane, przycinane i musi spełniać określone parametry. Każde musi mieć odpowiednią długość, grubość, kolor i każde jest pod tym względem indywidualnie sprawdzane.

 

 

Z Santa Clara nocnym autobusem jechaliśmy do Santiago de Cuba, po kilku dniach do Baracoa. Podróż jest długa i zimna. Kubańczycy kochają klimatyzację.

W Santiago de Cuba - drugim co do wielkości mieście w kraju, było klimatycznie zwłaszcza ze względu na obchodzony podczas weekendu Dzień Matki – święto huczniejsze niż 1 maja! Już w przeddzień święta na ulicach widać, że zanosi się na jakieś niezwykłe wydarzenie. Wszędzie dużo radości, muzyki i tłumy ludzi płynących ulicami. Ludzie albo coś sprzedają albo kupują – dominują sztuczne kwiatki z bibuły, laurki z życzeniami, słodycze. Tak -  na Kubie święto mam to święto całego narodu – w ten dzień się nie pracuje i większość lokali jest nieczynnych. W Santiago mamy okazję jeździć autem z 1946 roku!

 

Baracoa bardzo nas rozczarowało - zwłaszcza, że nie można było nurkować, ale też jako miasteczko mało ciekawe. Zdecydowanie nie poleciłabym Baracoa innym, chociaż wiem, że niektórym się tam podoba. Z Baracoa pojechaliśmy znów do centralnej prowincji do Playa Giron na półwyspie Zapata. I znów nurkowaliśmy i pod tym względem jest to świetne miejsce. Znacznie tańsze niż najbardziej znane miejsca nurkowe wokół Kuby zaś bogate, kolorowe i bajeczne. Woda miała 28 stopni.

 

Na koniec został nam już tylko powrót do Hawany, w przeddzień wylotu. Tę ostatnią trasę przejechaliśmy stopem w towarzystwie zwiedzających wyspę Włochów.

 

Kuba to kraj ekonomicznie zacofany - miejsce gdzie masz wrażenie, że cała gospodarka zatrzymała się. Mimo wszystko ludzie są nowocześni, znają wartość pieniądza i turysty, który tego pieniądza jest najlepszym źródłem. Każdy jest pomocny i skory do rozmów jak tylko okazuje się, że mówicie w tym samym języku.

Ludzie nie mają pieniędzy na buty, w sklepach brakuje mleka czy mydła, ale każda nastolatka ma tipsy a każdy młodzieniec modną fryzurę z włosami na żelu.

 

Kuba - dziwny kraj.

 

« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • Aga 13:55, 21 stycznia 2015

    Krótko, ale bardzo treściwie ! w jakim miesiącu byliście na Kubie? i bardzo chciałabym wiedzieć, gdzie mogliście zobaczyć delfiny (zdjęcie)!!

    Pozdrawiam,
    Aga

    Odpowiedz
  • KARMA 10:22, 22 stycznia 2015

    Hej, byliśmy w maju. Nie jest to co prawda rekomendowany przez przewodniki termin i bilety też w innym terminie zdarza się trafić taniej ale tak nam pasowało i było OK. Gorąco ale czy Kuba może nie być gorąca?! :)
    Z delfinami zaprzyjaźnialiśmy się w Santiago w Akwarium gdzie byliśmy....jedynymi gośćmi ...ale to już inna historia :)

    Odpowiedz